Oszukać natchnienie



Kiedy byłam małą dziewczynką, marzyłam, żeby zostać pisarką. I zostałam. Pisarką intranetowych aktualności, ważnych emaili oraz elaboratów wyjaśniających firmowe zmiany. Jak mówią mądrzy ludzie – uważaj o czym marzysz, bo jeszcze ci się spełni. Uważałam, pracę uwielbiam, tylko czasem tak trudno znaleźć natchnienie, a pisanie kolejnej notki o nowym systemie ocen wydaje się torturą. Co wtedy? Zawsze można zrobić kopiuj wklej ze swojego poprzedniego tekstu, ale to powoduje kaca moralnego, a po kilku powtórzeniach całkowity paraliż i gotowe przekonanie o rozmijaniu się z powołaniem. Lepiej więc napisać od nowa. Tylko jak tu zrobić, żeby się chciało tak bardzo, jak się nie chce? Ja sobie radziłam tak:

Po pierwsze: negocjuj termin z pokaźnym buforem

Termin rzecz święta. Jak powiedział Mark Twain „nic na tym świecie nie byłoby gotowe, gdyby nie było ostatniej chwili” i do tego potrzebne jest jej dokładne zdefiniowanie. Dokładne i zakładające spory bufor. Bo bufor, jak już może wiesz, to jeden z największych sprzymierzeńców komunikacji wewnętrznej. Pierwsza wersja tekstu – choćby był kilkuzdaniową notatką nie powstanie w godzinę. Jasne – samo pisanie zająć może nawet i pół, ale pisanie nie tylko z pisania się składa. Potrzebujesz czasu, żeby ustalić kontekst, zebrać wiadomości, wybrać odpowiednią formę i uchwycić choć cień tego mitycznego natchnienia. A to trwa. Dlatego zawsze rozczulały mnie deklaracje kandydatów podczas rekrutacji, którzy przygotowanie informacji do intranetu szacowali na 30 minut. Ja, jak tylko miałam możliwość, z pełną premedytacją ustalałam termin co najmniej „na jutro”.

Po drugie: nie zaczynaj od pisania

Nigdy nie zdarzyło mi się być zadowoloną z tekstu pisanego w skrajnym stanie nie-natchnienia. Taki twór sprawiał wrażenie, jakby wyszedł spod ręki robota, a swoją melodią porywał porównywalnie do tłumaczeń google translatora. Dlatego pozbyłam się wyrzutów sumienia i kiedy tylko nie chciało mi się pisać, dezerterowałam.

Temat tekstu wrzucałam na tylne siedzenie i czasem zerkając w lusterko, umawiałam się na kawę po firmowych kuchniach. Potrzebowałam wtedy po prostu pogadać, pożartować, a czasem tylko posłuchać. Przy odrobinie cierpliwości i czasu (patrz: punkt pierwszy) udawało mi się wyłapać, czym teraz ludzie żyją, jakim językiem mówią, co jest na tak zwanej tapecie. Starałam się też na kawę zapraszać osoby z tematem tekstu związane, żeby wydobyć od nich jak najwięcej szczegółów. I chociaż mój organizm tracił cenny magnez, ja zyskiwałam równie cenne dla tekstu szczegóły i kontekst.

Po trzecie: czytaj

O tym, że żeby dobrze pisać, trzeba dużo czytać, dowiesz się z każdego poradnika pisania. Dlatego kolejną rzeczą, za którą się zabierałam było czytanie. Absolutnie nie naszych wewnętrznych materiałów (mojego lub nie) autorstwa, ale tekstów z innej bajki. Bo w tym momencie nie bajka była ważna, a styl. I tego stylu szukałam na blogach, w artykułach, felietonach ulubionych autorów. Potrafiłam „tracić czas” na teksty Szymona Hołowni, Nitka lub Rafała Steca, żeby złapać melodię do pisania, nasiąknąć sztuką dobierania słów i obudzić przysypiające pragnienie „też tak chcę.”

Po czwarte: stwórz rytuał pisania

Jak się słusznie domyślasz, po dokładnym przerobieniu drugiego i trzeciego punktu, czasu było już coraz mniej i coraz mocniej zaczynała działać motywacja w postaci ustalonego terminu. Z drugiej strony do tematu tekstu miałam już dorzucony kontekst, zawartość i styl oraz lekko pobudzone nazwijmy to natchnienie. Mogłam wreszcie zacząć pisać.

Niestety samo pisanie kiepsko mi wychodziło przy własnym biurku. Był na nim telefon, kalendarz, a obok osoby, z którymi można by ciekawie porozmawiać – cóż więcej do rozproszenia potrzeba! Dlatego wymyśliłam sobie rytuały. Na przykład słuchawki i zapętlony jeden utwór (pół mojej pracy magisterskiej powinnam zadedykować utworowi „My immortal” Evanescence) albo kolejna dezercja. Marzenie, które udało mi się spełnić dopiero odkąd pracuję jako zewnętrzny doradca, to pisanie po kawiarniach z dużymi oknami, ale póki pracowałam na etacie uciekałam do sal konferencyjnych lub w delegację. Uwielbiam pisać na dworcach, lotniskach i w pociągach, kiedy więc szykowała się podróż służbowa, zabierałam ze sobą zapas tematów do zamienienia na teksty.

Po piąte: nie poprawiaj

Lubię pisać analogowo – na kartce i ołówkiem. Ołówek to relikt czasów perfekcjonizmu, które nie tolerowały nietrafionego słowa. Dziś nie zatrzymuję pisania, żeby usunąć złe sformułowanie, tylko biegnę za słowami, bo poprawiać będę później. Nie bez powodu w technikach kreatywnego myślenia rozdziela się fazę tworzenia od fazy szlifowania pomysłu. Otwierające zdanie jest za słabe? Na etapie pierwszej wersji jeszcze się tym nie martwię, piszę dalej. Kiedy tekst ma już trzy strony w zeszycie (a miał być tylko krótką notatką) rozpoczyna się przepisywanie do komputera, krojenie i szycie. Jak w moich ulubionych patchworkach – tu coś wytnę (najczęściej przymiotniki), tam pozmieniam kolejność, często coś zupełnie nowego dopiszę. Ale dopiero teraz – kiedy mam już tekst i ocenianie go nie zablokuje mnie na wiecznie pierwszym zdaniu.

Po szóste: prześpij się z tematem

Tego nauczył mnie tata. Zanim tekst trafi dalej musi się przeleżeć. Nie zawsze noc, ale choćby pół godziny poświęcone na zupełnie inne zadania. Inaczej trudniej spojrzeć z dystansu, wyłapać skróty myślowe, zawiłe zdania lub niezrozumiały żargon. I jeszcze lekko całość doszlifować.

Po siódme: świętuj

Każdy potrzebuje świętowania. Ostatnie triumfalne Ctrl+S zatem i czas na nagrodę. Może już nie kawę, bo magnezu, jak pamiętasz, do reszty pozbyłam się na etapie przygotowywania tekstu, ale coś, co pozwalało mi zaakcentować, że tekst jest napisany (mimo kolosalnego braku natchnienia) i jest dobry. Z jakiś powodów publiczne oklaskiwanie samej siebie nie jest tak znowu powszechnie akceptowalne, więc organizowałam sobie czekoladę, krótką przerwę lub po prostu zacierałam ręce z poczuciem sukcesu. Bo nie każdy w społeczeństwie potrafi pisać. Nie każdy wśród piszących potrafi pisać bez śladu natchnienia. A tu taka zgrabna wiadomość o nowym systemie ocen :)

Ten wpis bierze udział w Karnawale Blogowym Kobiet.Temat #3 Edycji brzmi: Co pomaga mi w pisaniu? Został on zaproponowany przez Anię Piwowowarską – Autentyczny Copywriting. Więcej na temat majowej edycji karnawału: http://karnawalblogowykobiet.pl/co-pomaga-mi-w-pisaniu-3-edycja-karnawalu-blogowego/

Więcej na temat majowego karnawału inspiracji i pisania znajdziesz też we wpisie: Co pomaga mi w pisaniu? Otwarcie majowego karnawału

11 komentarzy